Grzegorz Wojtoń był jednym z kierowców autokaru polskich pielgrzymów wracających z Medjugorie. Przed tragicznym wypadkiem za kierownicą zastąpił go drugi kierowca Robert. W katastrofie na węgierskiej autostradzie M3 zginęło 12 osób. Wojtoń ujawnił teraz, co usłyszał od zmiennika tuż przed trasą oraz już po tragedii.
Do wypadku doszło w niedzielę około godz. 1 na autostradzie M3 w rejonie miejscowości Mezokeresztes na Węgrzech. Autokarem podróżowało 59 obywateli Polski, którzy wracali z pielgrzymki do Medjugorie. Ofiary śmiertelne były dorosłymi mieszkańcami województwa podkarpackiego. Zmiennik kierowcy, Grzegorz Wojtoń, opowiedział redakcji „Super Expressu” o wydarzeniach poprzedzających katastrofę.
Grzegorz Wojtoń rozmawiał z kierowcą przed wypadkiem. „Wszystko jest w porządku”
Grzegorz Wojtoń jest doświadczonym kierowcą oraz pilotem wycieczek. Podczas powrotu pielgrzymów z Bałkanów sam prowadził autokar, ale przed tragedią za kierownicą zastąpił go drugi kierowca, Robert. W rozmowie z „Super Expressem” Wojtoń opisał, co wydarzyło się przed zmianą.
Jak relacjonował, zapytał swojego zmiennika o samopoczucie i o to, czy może bez problemów kontynuować jazdę. Z odpowiedzi kierowcy nie wynikało, by działo się z nim coś niepokojącego.
– Mówił, że się czuje bardzo dobrze, że wszystko jest w porządku. Odpowiedziałem mu, że na spokojnie jedziemy tak, żeby do Barwinka dotrzeć w swoim czasie, bo czasu pracy naprawdę mieliśmy wystarczającą ilość, także bez problemu byśmy dotarli do Polski – relacjonował Grzegorz Wojtoń w rozmowie z „Super Expressem”.
Według jego relacji Robert rozpoczął swoją zmianę około godz. 21-22. Zgodnie z przepisami mógł prowadzić przez cztery i pół godziny. Plan zakładał, że później ponownie zastąpi go Wojtoń.
Do kolejnej zmiany kierowców już jednak nie doszło. Autokar uległ tragicznemu wypadkowi na autostradzie M3. Śmierć poniosło 12 osób.
Kierowca prowadzący pojazd w chwili katastrofy usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego skutkującego śmiercią wielu osób. Węgierski sąd zdecydował również o jego aresztowaniu na 30 dni. Wstępna hipoteza zakłada, że mężczyzna mógł zasnąć za kierownicą.
„Brakło tych 2 km”. Kierowca miał zjechać na parking
Z relacji Grzegorza Wojtonia wynika, że niedługo przed tragedią kierowcy planowali kolejną zmianę. Robert miał zjechać na parking, a dalszy odcinek trasy miał już pokonać Wojtoń. Do miejsca postoju pozostawał bardzo niewielki dystans.
Wojtoń przytoczył również słowa, które usłyszał od kierowcy już po katastrofie, gdy na miejscu pojawiły się służby.
– Tuż po wypadku, kiedy te służby przybyły, mówił: »No, już miałem zjeżdżać. 2 km pokazywało«. Chciał do tego parkingu dociągnąć i miał tego świadomość, że chce do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km, żeby dojechać – powiedział Grzegorz Wojtoń w rozmowie z „Super Expressem”.
Po wypadku Robert nie był jednak w stanie wyjaśnić zmiennikowi, co dokładnie doprowadziło do katastrofy. Jak podkreśla Wojtoń, nie było wtedy możliwości przeprowadzenia dłuższej rozmowy. Wokół trwała akcja ratunkowa, a on sam zaangażował się w pomoc poszkodowanym.
– Mówił »nie wiem, nie wiem«. Zresztą nie było czasu na rozmowy, bo cały czas trwała akcja. Cały czas aktywnie pomagałem ludziom. Donosiło się koce i wodę, a jeśli ktoś był brudny czy okrwawiony, przemywało mu się twarz. Jeden z kolegów miał podejrzenie problemów z sercem, bo wcześniej miał operację. Było podejrzenie zawału, więc pobiegłem po służby, żeby do niego zeszli, podłączyli go do urządzenia, podali jakiś zastrzyk, coś zrobili. I cały czas, cały czas coś się działo – opisał Wojtoń w rozmowie z redakcją.
Jego relacja pokazuje, że bezpośrednio po wypadku uwaga uczestników i służb skupiała się przede wszystkim na rannych. Wojtoń pomagał przy dostarczaniu wody i koców oraz przy opatrywaniu osób znajdujących się na miejscu. W jednym przypadku zwrócił się także do ratowników w związku z podejrzeniem problemów z sercem u jednego z uczestników podróży.