Miałam siedem lat, kiedy w połowie lat 80. pojechałam na moje pierwsze zimowisko.
W zamarzniętych spodniach, gdzieś pod niemiecką granicą
Nie pamiętam nazwy miejscowości, w której się odbywało, ale po konsultacjach z bratem, który wtedy mi towarzyszył i mamą, która nas na tą wyprawę wysłała, udało nam się ustalić, że była to jakaś malutka miejscowość pod niemiecką granicą. Podróż z Gdańska autokarem miała trwać ok. osiem godzin. Zbiórka o godzinie 8 rano, planowany dojazd ok. 16. Hej przygodo!
Problemy zaczęły się jeszcze przed wyjazdem, bo z powodu mrozów autokar nie mógł odpalić, więc wyjechaliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem. Warunki na drodze porównywalne z tymi, które tydzień temu unieruchomiły kierowców na S7. Zamiecie, ślizga szosa, zaspy śnieżne. Dojechaliśmy tuż przed północą. Oczywiście nie pamiętam dokładnie tej podróży, ale jej opis został utrwalony w mało ortograficznym liście wysłanym do rodziców.
Pisownia oryginalna: “W autokarze było fajnie, tylko skończyło mi się picie, bo durzo staliśmy, bo autokar nie mugł jechać przez zaspy i śnieg. Dojechaliśmy o 23.45 i odrazu kazali nam iźć spać (…). Na śniadania, objady i kolacje chodzimy do stołuwki, daleko od naszego domku. Tszeba iźć takim tunelem ze śniegu ktury sięga mi do brody. A w niekturych miejscach jest nawet wyszszy. Ale to nic bo jedzenie i tak jest niedobre (…)”
Z mojego pierwszego zimowiska zachowało się jedno zdjęcie, na którym widać ubranych zupełnie nieadekwatnie do pogody starszych uczestników wyjazdu, którzy z dumą prezentują domek, do którego wejście udało im się odkopać. My, siedmiolatki, nie uczestniczyliśmy w tej zabawie. Z pewnością nikt by nam też nie pozwolił na tak ekstrawaganckie zrzucenie kurtek i czapek.
Własnych wspomnień mam z tego miejsca niewiele. Pamiętam wykopaną w śniegu dróżkę, którą jak tunelem chodziliśmy na stołówkę. Pamiętam, że co i rusz w domkach zamarzała woda w rurach i że mnóstwo czasu spędzaliśmy na dworze lepiąc bałwany, jeżdżąc na sankach i budując igloo ze śniegu.
Moja mama pamięta za to, jak wyglądaliśmy z bratem, po powrocie z dwutygodniowego zimowiska. “Dwie niemiłosiernie brudne sieroty w zamarzniętych ubraniach” – tak nas opisała.
Nasz opłakany stan zewnętrzny, kontrastujący z zadowoleniem, które według rodziców prezentowaliśmy oboje, był ponoć skutkiem zamarzających rur, co oznaczało czasowe braki wody i ogrzewania. Nasi opiekunowie woleli więc nie ryzykować i nie zmuszali nas do kąpieli, a tym bardziej do prania brudnych ubrań. Tę radość pozostawiono rodzicom.
Wideo i bursztyny w Stegnie
Znacznie lepiej pamiętam kolejne zimowiska, na które jeździłam do Stegny. O tej porze roku ta urocza nadmorska miejscowość nie oferowała w czasach PRL-u przesadnie wielu atrakcji, sporo czasu spędzaliśmy więc w niewielkim ośrodku, który na dwa tygodnie stawał się naszym domem. Ponieważ w latach 80. obfite śniegi i mrozy nie były dla nikogo zaskoczeniem, nasza kierowniczka – prywatnie mama jednego z uczestników i koleżanka z pracy mojego taty (w minionym systemie kolonie i zimowiska zwykle były wyjazdami z zakładu pracy), zawsze zabierała na ferie swój domowy odtwarzacz wideo.
Dziś to żadna atrakcja, a samo urządzenie należy już do kategorii zabytków, ale wtedy to była naprawdę wielka frajda. Wprawdzie wybór filmów był mocno ograniczony (niestety głównie do filmów akcji), a taśmy odtwarzane były tyle razy, że na starym telewizorze nie zawsze można było dojrzeć, czy oglądamy akurat “Rambo”, “Terminatora” czy “Szczęki”, ale radość była ogromna.
Oczywiście wychodziliśmy też na dwór korzystać z uroków zimy i wdychać cenny dla zdrowia jod, w który obfituje nadmorskie powietrze. Z tych spacerów brzegiem zatoki, szczególnie utkwił mi w pamięci jeden, w czasie, którego znalazłam skarb – piękny, większy od orzecha laskowego bursztyn, chlupoczący w jakiejś dziurze w śniegu oddalonej całkiem spory kawałek od morza.
Zimowe zamki
Ze Stegny, o ile pogoda pozwalała, zawsze ruszaliśmy też na jakąś wycieczkę. Najlepiej pamiętam tę do Malborka. Wtedy zakochałam się w tej gigantycznej budowli i ta dziecięca miłość przetrwała do dziś. Oczywiście w latach 80. nie było takich atrakcji, jakich można w tym miejscu doświadczyć dziś – jak np. nocne zwiedzanie, które uwielbiam, ale sam zamek w białej, surowej scenerii zrobił na mnie kolosalne wrażenie.
W podobnym czasie, tyle że podczas letnich kolonii trafiłam na drugi zamek, do którego na zawsze zachowałam sentyment – Zamek Ogrodzieniec. Kiedy więc pod koniec podstawówki pojawiła się możliwość, by pojechać tam na ferie zimowe, byłam zachwycona. Oczywiście nie mieszkaliśmy w zamku, ale niedaleko, a wizyta w wapiennej fortecy była w programie wycieczki. Nie została chyba jednak z nikim uzgodniona, bo na teren zamku wchodziliśmy przez płot, zeskakując z niego w gigantyczne śnieżne zaspy.
Ogrodzieniec w zimowej szacie okazał się chyba jeszcze piękniejszy niż w letnim anturażu. Zbudowany z białych kamieni i okryty śnieżną pierzyną wyglądał jak z bajki. Wprawdzie docieranie do niego przypominało scenę z “Zemsty”, w której Roman Polański jako Papkin przedziera się przez śnieg i zawieruchę do zamku, ale nikomu to nie przeszkadzało.
Nic nie było w stanie zepsuć zabawy
Nie pamiętam też narzekania w pociągu wiozącym nas z Gdańska na południe Polski, a który z powodu oblodzenia torów utknął na cztery godziny w polu.
W tamtym czasie zimne i śnieżne zimy były normą i choć jak dziś regularnie zaskakiwały drogowców, wszyscy po prostu liczyliśmy się z podobnymi “atrakcjami” i w najmniejszym stopniu nie psuły nam one zabawy.