Wizyta prezydenta Karola Nawrockiego i byłego premiera Mateusza Morawieckiego na Węgrzech wywołała dyskusję o strategii, przyszłości i tożsamości Prawa i Sprawiedliwości. Pojawiły się pytania, czy to polityczna próba upodobnienia się do Konfederacji oraz milczący wyraz poparcia dla kontrowersyjnych działań Viktora Orbána. Sytuację przeanalizował dla naszego portalu profesor Bartłomiej Biskup.
Wizyta na Węgrzech to przede wszystkim podtrzymanie otwartych kanałów komunikacji, a nie manifestacja poparcia dla Władimira Putina
Działania prezydenta stanowią pragmatyczny ukłon w stronę wyborców Konfederacji, których głosy były kluczowe w drugiej turze wyborów prezydenckich
Unia Europejska popełniła strategiczne błędy dyplomatyczne wobec Budapesztu, stosując wyłącznie metodę kar i ignorując węgierskie obawy o bezpieczeństwo energetyczne
Pragmatyzm polityczny i ukłon w stronę wyborców prawicy
Marcowa obecność prezydenta Karola Nawrockiego oraz byłego premiera Mateusza Morawieckiego w Budapeszcie zbiegła się w czasie z intensywną kampanią przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech, zaplanowanymi na 12 kwietnia. Udział polskich polityków w konferencji środowisk konserwatywnych CPAC wywołał dyskusję o taktyce Prawa i Sprawiedliwości, w tym o walce o prawicowy elektorat.
W przestrzeni publicznej podniosły się głosy, że spotkanie z Viktorem Orbánem to krok ryzykowny, mogący sugerować akceptację dla jego bliskich relacji z Moskwą. Profesor Bartłomiej Biskup analizuje tę sytuację, odrzucając tezy o radykalizacji, a kładąc nacisk na niedawną kampanię prezydencką w Polsce i chłodną kalkulację wyborczą.
- Możliwe, że ma to jakieś znaczenie, ale dlaczego prezydent miałby akurat tak postępować? Może dlatego, że w drugiej turze poparli go również wyborcy Konfederacji. Więc to pokazuje, że kanały komunikacji wciąż istnieją i nie są zamknięte. Oczywiście zupełnie oddzielam to od oskarżeń, że jest to wyraz poparcia dla Putina. W ogóle tak tego nie interpretuję.
Według profesora Bartłomieja Biskupa budowanie relacji z różnymi środowiskami jest naturalnym następstwem wyników przy urnach. Utrzymanie poparcia grup, które zadecydowały o ostatecznym zwycięstwie wyborczym, wymaga od głowy państwa obecności w przestrzeniach istotnych dla szeroko pojętego obozu konserwatywnego.
Błędy dyplomatyczne Unii Europejskiej i lęki Węgier
Zrozumienie obecnej pozycji rządu w Budapeszcie wymaga precyzyjnego uwzględnienia europejskiego kontekstu. Relacje między Fideszem a instytucjami unijnymi uległy w ostatnich latach niemal całkowitemu zamrożeniu, co bezpośrednio determinuje wektory węgierskiej polityki zagranicznej. Profesor Bartłomiej Biskup wskazuje na wieloletnie, systemowe zaniedbania ze strony Brukseli.
- Zresztą uważam, że obecnie jest już za późno na zmianę strategii, bo Viktor Orbán przyjął ostry kurs. Natomiast traktowanie Węgier przez Unię Europejską było obarczone dużymi błędami dyplomatycznymi. To mały kraj, który boryka się z wieloma lękami, przede wszystkim z obawą o bezpieczeństwo energetyczne. Orbán na tym gra i dzięki temu wygrywa kolejne wybory.
Jak zauważa politolog, dotychczasowa polityka sankcyjna i retoryczna Brukseli minęła się z celem. Instytucje europejskie zignorowały strukturalne problemy Węgier, skupiając się niemal wyłącznie na krytyce. Główne zarzuty wobec strategii unijnej to:
opieszałość w budowaniu alternatywnych źródeł dostaw surowców,
brak realnego wsparcia dla państw całkowicie uzależnionych od rosyjskich węglowodorów,
skupienie się na dyplomatycznych reprymendach bez prezentowania konkretnych planów osłonowych,
zamiast pracować nad zlikwidowaniem tego zagrożenia – dopiero teraz pojawiają się pomysły budowy interkonektorów, na przykład z Chorwacją – wszyscy ich tylko łajali za kontakty z Putinem. Orbán to wytrawny gracz. Wyczuł, że może na tych lękach budować swoją polityczną przyszłość. Metoda “samego kija” nie zawsze się sprawdza.