Oskarżony o pedofilie radny ma też śledztwo zoofilskie. Ujawniamy kolejne bulwersujące fakty

Radny z okolic Lubina oskarżony o molestowanie dziecka z podstawówki, podejrzewany o kolejne przestępstwa!

Jak ustalił Goniec, policja ujawniła u radnego ze Ścinawy Jana B materiały zoofilskie, a prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo. Mimo że proces w sądzie w Lubinie, w którym jest oskarżony o pedofilię jeszcze nie ruszył, w styczniu wypuszczono go z aresztu. Szokuje też sytuacja, że ciążące nad nim oskarżenia nawet nie zmusiły go do rezygnacji z mandatu.

Jan B.
63 letni były sołtys Dziesławia, Jan B. to jednocześnie radny miasta Ścinawa, wspierający obecnego burmistrza – Krystiana Kosztyłę. W ubiegłym tygodniu media informowały o tym, że legnicka prokuratura skierowała akt oskarżenia przeciwko radnemu. Za współżycie z dziewczynką poniżej 15. roku życia grozi mi od 2 do 15 lat więzienia, ale jak ustalił Goniec, zarzutów może być więcej. Po analizie zabezpieczonych u niego materiałów do osobnego prowadzenia wyłączono śledztwo ws. zoofilii, czyli art. 202 par. 3 kodeksu karnego. Za to przestępstwo polegające na „produkcji, utrwalaniu, sprowadzaniu, przechowywaniu, posiadaniu lub rozpowszechnianiu treści pornograficznych z posługiwaniem się zwierzęciem” również grozi podobny wymiar kary czyli od 2 do 15 lat więzienia.

Mimo ujawnienia materiałów w jego komputerze lub telefonie, na razie, z niejasnych powodów, śledczy nie postawili zarzutów samemu Janowi B.

Okazuje się, że Jan B, wciąż pozostaje radnym Ścinawy, za co regularnie otrzymuje dietę – około 1500 zł miesięcznie. W międzyczasie do miasta powróciła też jego żona, która obecnie stoi murem za Janem B. i aktywnie uczestniczy w kreowaniu wizji, w której jej mąż stał się niemal ofiarą swojego własnego, nieszczęśliwego uczucia.

Dziwną postawę przyjmuje burmistrz Ścinawy – Krystian Kosztyła. Mimo, że Jan B. pozostaje oskarżonym, a zarzuty winne budzić powszechne potępienie, skoro przyznał się do wykorzystania dzieci, do dziś utrzymuje radnego w klubie.

To było dla nas wielkie zaskoczenie – komentował burmistrz, ale Jana B. ze swojego klubu nie wykluczył i nie potępił.

W lokalnych układach politycznych Jan B. jest postacią co najmniej zagadkową. Bardzo niewiele wiemy o jego przeszłości, trudno znaleźć w sieci jakiekolwiek ślady jego działalności sprzed działalności samorządowej w Dziesławiu i Ścinawie. Wiadomo, że pochodzi z biednej, wielodzietnej rodziny, ma zawodowe wykształcenie, pracuje jako stolarz, a w „poprzednim życiu” pozostawił byłą żonę i dwoje dorosłych dzieci. Wielu rozmówców powtarza, że w przeszłości Jan B. miał się zmagać z kryzysem bezdomności i szukać pomocy w okolicznych parafiach. W tym kontekście dość intrygujący wydaje się fakt, że w ocenie lokalnej społeczności Jan B. jest powiązany z Robertem Raczyńskim, choć kręgi towarzyskie prezydenta Lubina wydają się nieco inne.

Mimo wielu prób kontaktu z Janem B. mężczyzna ukrywa się przed nami i nie wychodzi nawet, gdy podjeżdżamy pod jego dom. W mediach nie zabiera głosu wcale.

A pytań do niego jest wiele, począwszy do tego, jak nagle skromny stolarz tuż przed sześćdziesiątką odkrył w sobie pasję do polityki. Mimo to, że zjawił się w Dziesławiu z młodszą o 17 lat drugą żoną kilka lat temu jako „człowiek bez przeszłości” – zrobił spektakularną karierę. Mówiło się o nim nawet jako o potencjalnym następcy na fotelu burmistrza Ścinawy. Jeden z lokalnych samorządowców zwraca naszą uwagę na niejasne źródła jego politycznego poparcia, a także finansowania kampanii, która w Dziesławiu była absolutnie bezprecedensowa. Jednocześnie prosi o anonimowość, bo „Berger ma plecy”.

Niewątpliwie szarą eminencją sukcesu Jana B. miała być jego pełnomocniczka w kampanii wyborczej – Zofia Siwak. Prywatnie pani Zofia jest żoną Władysława Siwaka – byłego wicestarosty lubińskiego, kandydującego w 2024 roku do Rady Powiatu Lubińskiego z listy KW Roberta Raczyńskiego „Dumni z Lubina”.

Matka ofiary – sama przeciw mediom
Żeby zrozumieć fenomen wyjątkowej pobłażliwości wobec przeszło sześćdziesięcioletniego mężczyzny, który przez niemal rok dzięki manipulacjom i szantażom wykorzystywał seksualnie dziecko w podstawówki, trzeba spojrzeć, jak historia była przedstawiana na początku, kiedy wybuchł skandal. Żeby to wyjaśnić trzeba podkreślić, skąd mieszkańcy czerpali informacje o zdarzeniu oraz kto odpowiadał za to, co jest przekazywane.

W informacjach medialnych znalazło się wiele nieścisłości, które wypaczają obraz sprawy. Jako że dziennikarze Gońca badali sprawy dotyczące podejrzeń samorządowców o pedofilię, prostujemy kilka z nich.

W tekstach dotyczących aktu oskarżenia możemy przeczytać jedną bezspornie prawdziwą informację, mianowicie że o przestępstwie zawiadomiła matka ofiary. Jednak już informacja o tym, że miała ona zauważyć, że jej córka „spotyka się z dużo starszym mężczyzną” jest czystą manipulacją i wprowadza opinię publiczną w błąd. Nie wchodząc w szczegóły związane z rozpoczynającym się wkrótce procesem, matka zgłosiła przestępstwo, gdy mieszkańcy miasta poinformowali ją o podejrzanym zachowaniu sołtysa wobec dziecka. Kobieta, niezwłocznie po rozmowie z córką, która ujawniła zachowanie Jana B. zgłosiła sprawę policji. Zachowując niezwykłą w tak trudnej emocjonalnie sytuacji przytomność umysłu, nagrała przy pomocy telefonu swoją osobistą rozmowę z mężczyzną, chcąc uzyskać dowód jej winy oraz tego, że miał wiedzę dotyczącą wieku dziewczynki.

Przy tak ewidentnych dowodach, prokuratura nie miała wyboru i po zatrzymaniu radnego wystąpiła o aresztowanie i uzyskała zgodę sądu. Od tego momentu w sprawie zaczęły się dziać rzeczy, które zupełnie wypaczyły obraz sytuacji, a nawet rozpoczęły plotki o tym, że dziecko mogło samo sprowokować…

Rodzic próbuje być tarczą, choć sam jest w szoku. Dziecko próbuje utrzymać resztki kontroli nad swoim życiem. A potem na scenę wchodzi świat zewnętrzny – to on często uderza najmocniej. Zaczyna mówić o dziewczynce – o tym, jak wyglądała, jak się zachowywała, czy „wiedziała”, czy „chciała”. Błyskawicznie rozwija się druga trauma – komentuje Malwina Użarowska, psychotraumatolożka.

Kiedy zjawiliśmy się w Dziesławiu okazało się, że mieszkańcy, z którymi rozmawialiśmy podzielili się w ocenach sprawy. Wbrew powszechnemu potępieniu wobec pedofilów wielu mieszkańców sprawę zaczęło odbierać inaczej.

Gdyby to był tylko raz, nie miałabym wątpliwości, ale przecież wiadomo, że było tak wiele razy, więc sama musiała chcieć – mówiła nam jedna z sąsiadek i dodawała, że przecież informowała o tym nawet prokuratura.

I faktycznie. O sprawie rzeczniczka prokuratury Liliana Łukasiewicz, po zatrzymaniu podejrzanego w sierpniu 2025 roku informuje bardzo dziwnie:

Prokurator postawił B. zarzut co najmniej kilkukrotnego obcowania płciowego z małoletnią poniżej 15. roku życia, w okresie od lutego tego roku do kwietnia

Gdy zapytaliśmy, dlaczego naraziła dziewczynkę na ujawnianie szczegółów jej krzywdy, twierdziła, ze nie rozumie pytania.

Inny mieszkaniec, emerytowany nauczyciel, gdy tylko zobaczył jak próbujemy rozmawiać z mieszkańcami, krzykiem próbował zmusić nas do odjazdu. W internecie sypią się negatywne komentarze pod adresem skrzywdzonej dziewczynki.

Dziecko czyta oskarżające komentarze w internecie: „to jej wina”, „patologia”, „sama chciała”, a to jest kolejna przemoc: ponowne wtargnięcie w granice. W tej historii wstyd działa jak kwas. Zwykle w takich sytuacjach pojawiają się silne reakcje lękowe, problemy ze snem i bardzo silne napięcie – tłumaczy psychotraumatolożka. I dodaje, że w takich sytuacjach diagnoza jest najczęściej oczywista: zespół stresu pourazowego (PTSD).

Niestety mimo opieki lekarskiej i psychologicznej dziewczynka czuje się coraz gorzej. Tym razem źródłem traumy jest nie tylko obecność sprawcy w bliskiej okolicy, ale też środowisko – ludzie, ich spojrzenia, komentarze i opinie oraz przeciek do mediów, który zrujnował jej system obronny – punetuje Użarowska,

Radny pedofil od paniki do triumfalizmu
Jak na to wszystko patrzyła ludność Dziesławia w pierwszych tygodniach po wybuchu skandalu? Gdy pytaliśmy przechodnia stwierdził, że wieś jest podzielona, ale :

Jan B. raczej nie odważy się tu wrócić, bo przecież by go roznieśli. Jego żona uciekła do Niemiec do córki i przestała przychodzić do pracy. Oni już tu nie wrócą.

Faktycznie, mimo że przyjeżdżaliśmy pod dom sołtysa przez kolejne dni, wewnątrz nikogo nie było. Pozostawione w drzwiach klucze wskazywały, że domownicy uciekali w pośpiechu, a w kuchni widocznej z ganku non stop wciąż paliło się niezgaszone światło. Szybko odkryliśmy powód, dla którego mieszkańcy od początku sprawy nie byli jednoznaczni w jej ocenie. Jak dowiedzieliśmy się od okolicznej młodzieży, w sieci pojawił się film, na którym „matka mówiła, że on się zakochał”. Celowo cytujemy, co usłyszeliśmy, bo okazuje się, że z filmu, o którym mowa, trudno było wyciągnąć takie wnioski. Gdy odkryliśmy, że udostępniono je w komentarzu na jednym z lokalnych forów, tajemnica nieco się rozwiązała.

Na kilku minutowym filmie (tym samym, który pomimo ogromnych emocji udało się nagrać matce skrzywdzonej dziewczynki) słychać jej rozmowę z wyraźnie przerażonym Janem B, który przyjechał by błagać kobietę o ukrycie sprawy i nie zgłaszanie jej na policję. Samo jego działalnie również można było analizować pod kątem przestępstwa, bo prawo w Polsce nakazuje, każdemu kto dowiedział się o uzasadnionym podejrzeniu pedofilii zgłoszenie jej organom ścigania, pod groźbą nawet 2 lat więzienia w przypadku nie podjęcia takiego działania.

Mieliśmy taką relację, że się zakochałem. Jak mężczyzna jest z kobietą to dzieje się inaczej u mężczyzny. To jest chwila – mówi trzęsący się radny o wykorzystywaniu seksualnym dziecka z podstawówki, dokładnie w wieku jego własnej wnuczki.

Pan jest radnym! Pan powinien mi ją przyprowadzić do domu i powiedzieć, że takie rzeczy się dzieją, a nie uprawiać z nią seks– mówi na filmie wstrząśnięta kobieta i powtarza wielokrotnie, że „nie ma miłości między dorosłym a dzieckiem”.

Błaga by odstąpiła od doniesienia o krzywdzie córki.

Ja zrobię dla pani wszystko. Ja się zakochałem. Ona jest taką już dziewczyną, taką wydaje się dorosłą – pogrążał się radny.

Kobieta pozostaje nieugięta i stanowczo zwraca się do radnego, że nie ma żadnego usprawiedliwienia dla nakłaniania do seksu z dzieckiem. Przytomnie powtarza, że to dorosły ponosi pełną odpowiedzialność za swoje czyny i nie pozwala na obarczanie córki jakąkolwiek winą w tej sprawie.

Mimo to teza o „zakochaniu” niektórym wyraźnie przemówiła do wyobraźni. Co ciekawe już wówczas zaczęto też spekulować, czy nie jest to element prowokacji, która może mieć związek z polityką. Powód? Najogólniej mówiąc część mieszkańców uważała, że może sprawa dotyczy romansu z nastolatką, która wrabia uczciwego samorządowca. Żaden ze snujących te spekulacje nie miał świadomości, że chodziło o dziecko z 8 klasy szkoły podstawowej.

I tutaj znowu „z pomocą” oskarżonemu przychodzi sama prokuratura, bo na pytanie dziennikarzy o to, czy Jan B. przyznał się do winy, rzeczniczka prostuje, że „przyznał się do… obcowania płciowego z małoletnią poniżej 15 lat” sugerując, że może to jakkolwiek z winą nie być równoznaczne.

Jeszcze więcej wątpliwości wśród mieszkańców wzbudziło wypuszczenie podejrzanego na wolność po 5 miesiącach aresztu, w styczniu tego roku. Mimo że mieszka ledwie kilkaset metrów od dziewczynki, którą wykorzystywał, początkowo ani sąd, ani prokuratura nie kiwnęły palcem, żeby wprowadzić wobec niego tzw. środki zapobiegawcze. Nie tylko mógł więc wyjechać swobodnie za granicę, nie miał obowiązku meldowania się na policji, a nawet nakazu zbliżania się do pokrzywdzonej dziewczynki. Dla dziewczynki i jej mamy to totalny szok.

Wymiar sprawiedliwości dał im do tego paliwo. Ludzie poszukują prostych prawd – skoro sprawca jest wolny, to znaczy, że nie stało się nic strasznego – mówi smutno psycholożka. – Przecież pedofile siedzą w więzieniach, a nie chodzą po wsi- tłumaczy.

Jedyne z czego musiał zrezygnować jeszcze w areszcie, to funkcja sołtysa, którą objęła po szybkich wyborach jego sąsiadka. Kiedy odwiedziliśmy ją kilka tygodni temu i spytaliśmy, czy to prawda, że widuje się z Janem B, i przyjmuje go w domu na wódce, nie zaprzeczyła, ale szybko schowała się w domu kończąc rozmowę.

PODSUMOWANIE
Kolejny skandal pedofilski z okolic Lubina budzi pytania nie tylko o skuteczność wymiaru sprawiedliwości i bezbronność ofiar. Znacznie istotniejsze wydaje się pytanie, jak ogromne i trwałe szkody społeczne wyrządza sposób komunikacji, w którym przy pomocy systematycznych, podprogowych komunikatów, organa ścigania relatywizują pedofilię. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to ta sama prokuratura, która przez ostatni rok „nie znalazła ofiar” pedofilskiej siatki, można się zastanawiać, jaki sygnał przekazuje właśnie tym potencjalnym ofiarom? Czy ktokolwiek, kto liczył na sprawiedliwość, zaryzykuje ujawnienie własnej traumy jedynie po to, by jak ofiara Jana B. stracić już kompletnie poczucie bezpieczeństwa, godności i wsparcia? Bo taki sposób prowadzenia spraw przeciwko pedofilom daje im gwarancję, że ich ofiary zamilkną na zawsze.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *