Magda Bukowska: Od kilku tygodni o Grenlandii mówi się wszędzie. Ale ty zaczęłaś mi o niej opowiadać na długo przed tym, jak stała się obiektem światowej dyskusji? Skąd się wzięła Grenlandia w twoim życiu – Polki z urodzenia i Farerki z wyboru?
Sabina Poulsen: W moim życiu pojawiła się przypadkiem. Nigdy nie marzyłam o Grenlandii i nie sądziłam, że stanie się ważnym miejscem w moim życiu. Takim impulsem, który sprawił, że pojechałam tam po raz pierwszy byli Polacy, którzy przyjeżdżali do mnie na Wyspy Owcze. Wielu z nich przekonywało mnie, żebym zabrała ich na Grenlandię.
Wydawało im się, że skoro od 20 lat mieszkam na Wyspach Owczych, które też należą do Królestwa Danii, łatwo mi będzie w Grenlandii się odnaleźć. Zawsze odmawiałam, bo uważam, że dobry przewodnik, to nie ktoś, kto umie się w jakimś miejscu odnaleźć i zna daty, kiedy powstały jakieś zabytki, ale ktoś, kto w nim żyje. Zna to miejsce od wewnątrz, czuje je i rozumie. Potrafi opowiedzieć o nim “z życia”, a nie z książek.
A jednak się złamałaś i zaczęłaś organizować wyprawy na Grenlandię.
Mój partner zawsze żartował, że jak dostanie farerski paszport, to pojedzie na Grenlandię do pracy. On zawsze o niej marzył i jakoś te jego marzenia i te coraz częściej pojawiające się prośby gości sprawiły, że w końcu postanowiłam tam pojechać i sama się przekonać, czy coś mnie z Grenlandią łączy. I się zakochałam.
Poczułam bliskość z tym miejscem, dostrzegłam, poza wieloma różnicami, dużo podobieństw tego miejsca do moich Wysp Owczych, a fakt, że administracyjnie oba miejsca należą do Danii też był ułatwieniem. Ale nie zmieniłam zdania, że najlepszymi przewodnikami są osoby, które wrosły w dane miejsce i dlatego podczas moich wyjazdów, korzystam z ich pomocy, doświadczenia i wiedzy.
Kilka razy pojawił się już wątek przynależności Grenlandii do Królestwa Danii. To jest właśnie ta kwestia, która w ostatnich tygodniach budzi sporo emocji. Jak Grenlandczycy reagują na plany prezydenta Trumpa, by wyspa została kolejnym stanem USA?
Są przerażeni. Naprawdę przerażeni. I nie dlatego, że Trump przyjedzie i wbije w ich ziemię amerykańską flagę, tylko dlatego, że obawiają się, że USA wyłączą im prąd, odetną ich od Internetu i zostawią samych sobie. A gdy zajmą wyspę, potraktują ich tak, jak wcześniej potraktowali rdzennych mieszkańców – zamkną w rezerwatach i zepchną na margines.
Dania też w wielu kwestiach zachowała się wobec Grenlandczyków nie w porządku. Za niektóre z tych rzeczy przeprosili, inne wciąż są niezałatwione, jeszcze inne zmieniają się właśnie teraz. Ale pomimo tych ciemnych kart w historii relacji duńsko-grenlandzkich, Dania objęła Grenlandię swoim opiekuńczym systemem. Jest bezpłatny dostęp do służby zdrowia, jest dofinansowywane szkolnictwo, a na poziomie studiów wyższych pieniądze z kasy państwa na to, by młodzi mieszkańcy wyspy mogli studiować na różnych europejskich uczelniach.
Ten związek jest bardzo silny i Grenlandczycy nie chcą w tej kwestii żadnej zmiany. Widzimy to w medialnych relacjach, a ja słyszę to też w prywatnych rozmowach z moimi znajomymi z Grenlandii. Oni są naprawdę przerażeni i czują, że są w tym sami.
A czy z punktu widzenia turysty to zamieszanie wokół Grenlandii coś zmienia?
W tej chwili nie. Ale jeśli USA przejma wyspę, to z pewnością zmieni się wiele, w końcu Grenlandia przestanie należeć do Danii, do Europy, a stanie się częścią Stanów Zjednoczonych.
Na razie zostańmy jeszcze w Europie. Powiedziałaś, że od samego początku zakochałaś się w Grenlandii. Co takiego jest w tej wyspie?
Chodzi nie tylko o to, co ona w sobie ma, ale też o to, czego nie ma. I właśnie od tej drugiej kwestii chciałabym zacząć. Mieszkam na Wyspach Owczych już naprawdę bardzo długo, przywykłam więc już do życia w miejscu, gdzie czas płynie inaczej niż w Europie. Gdzie jest ciszej, wolniej, bliżej natury, spokojniej. Ale na Grenlandii to wszystko ma zupełnie inny wymiar.
Tu jesteś ty, długo, długo nic i lodowce. Nie wiem, czy da się słowami wyrazić, jak bardzo odczuwalny jest ten brak atakujących nas ze wszystkich stron bodźców, których w Polsce czy ogólnie w Europie już nawet nie zauważamy. Na Grenlandii tego nie ma i przez pierwszy dzień czy dwa, organizm niemal fizycznie reaguje na ten bodźcowy detoks, zanim przestawimy się na nowy sposób myślenia, działania, po prostu bycia.
A jeśli chodzi o to co na Grenlandii jest, to jest tu niesamowita natura. Dziś słowa są mocno nadużywane, więc mówiąc niesamowita, mam na myśli to, że jest ona tak wyjątkowa, że w wielu osobach wywołuje reakcje fizyczne. Rozumiem to i sama tego doświadczyłam. Mieszkańcy opowiadają, że często się zdarza, że turyści płaczą pływając między lodowcami. Mi pociekły łzy, kiedy leciałam tuż nad nimi awionetką, a potem szłam wzdłuż nich na trekking. Nie umiem opisać tego uczucia. To są bardzo silne, pozytywne emocje. Coś czego wcześniej nie doświadczyłam.
Które miejsca zrobiły na tobie największe wrażenie i polecasz je turystom?
Ja je nie tylko polecam, ja zabieram tam moich gości. Skoro ja się w nich zakochałam, to chcę je pokazać innym. Pierwsze przystanek warto zrobić w stolicy Nuuk – oczywiście kiedy uda się już dolecieć, bo tu przyroda decyduje o wszystkim i trzeba się liczyć z tym, że loty są opóźnione. Mam tam taką ukochaną miejscówkę noclegową w szklanych igloo stojących nad samym brzegiem morza. Zimą, tak do kwietnia, widoki są fantastyczne, bo cały czas zmienia się krajobraz, do brzegu przypływają i odpływają lodowe góry. Z kolei latem o poranku można zacząć dzień od morsowania.
Kolejny przystanek to Ilulissat, czyli miejsce, gdzie są największe lodowce. Można nad nimi polatać awionetką, co jest niesamowitym przeżyciem. Podobnie jak rejs wśród lodowych fiordów. Latem można między tymi lodowymi gigantami popływać kajakiem, a przy odrobinie szczęścia zobaczyć wieloryby. Wrażenia są wyjątkowe. Każda forma obcowania z lodowcami budzi niesamowite emocje. Ja uwielbiam też trekking wzdłuż fiordów. To przepiękne miejsce wpisane na listę dziedzictwa UNESCO, lodowe trzystu metrowej wysokości góry, otoczone pasami zielonej tundry.
Do moich ulubionych miejsc na Grenlandii należy też malutka wioska Oqaatsut, do której dopływamy statkiem. To stara rybacka osada, gdzie można podejrzeć, jak naprawdę od zawsze żyli mieszkańcy wyspy. Ogromne wrażenie robi też lodowiec Eqi, drugi co do wielkości lodowiec świata.
Jak widzisz urok Grenlandii nie polega na jej różnorodności, na dziesiątkach różnych atrakcji, przeciwnie. Grenlandia daje spokój, bliskość natury i to takiej natury, z którą w niewielu miejscach na świecie możemy obcować i emocje, które naprawdę dotykają do głębi i pozostają na długo.
Magda Bukowska dla Wirtualnej Polski